Jeszcze 2 minuty czytania

Adam Lipszyc

GMINA CENTRUM: Pleń

Adam Lipszyc

Adam Lipszyc

Pleń trochę mnie prześladował, bo trudno mi było uwolnić się od myśli, że jest zeń świetna metafora ludzkich zachowań

To chyba Mały A wypatrzył go jako pierwszy. Dziś A dobija do dwóch metrów, ale wtedy człowiekowi kulturalnemu sięgał do pół uda, więc łatwiej było mu studiować wypadki rozgrywające się w przyglebiu. Na podejściu przykucnął nagle i wgapił się w coś na ścieżce. Z początku zdawało się, że mamy do czynienia ze zwyczajową praktyką nierosłego ludu, który wszystkimi dostępnymi sposobami próbuje stawiać cichy lub nieco głośniejszy opór naszym próbom zaszczepienia w jego przedstawicielach miłości do pieszej wędrówki i innych wysiłków fizycznych, jakże korzystnych dla zdrowia małych organizmów. Zdarzało się symulowanie chorób i gubienie nieodzownych skarpet, ale jedna z najskuteczniejszych metod stosowanych przez tych drobnych cwaniaczków polegała po prostu na uleganiu gwałtownym napadom zainteresowania choćby najmniej spektakularnymi zjawiskami naturalnymi usadowionymi przy drodze. Dzieciaka zaciekawionego parterowym głupstwem pociągnąć w dalszą drogę bardzo trudno, a na dodatek grzech, bo przecie taka ciekawość rozwija, więc w sumie należy ją pewnie wspierać. Nic to, że te pseudobadania koncentrowały się zwykle na pospolitym kamyku czy szmatławym zielsku: rodzicielskie przedsięwzięcie ulegało przynajmniej czasowej neutralizacji.

Tym razem jednak szło o coś naprawdę frapującego. Na pierwszy rzut osadzonego na wyżynach dorosłości oka wyglądało to jak długi pas wiotkiej kory, a w najlepszym wypadku wąż, tyle że nie ekscytująco niebezpieczny, lecz raczej rozkłapciany turystycznym butem lub quadzim kołem nastogóralątka. To coś jednak żyło i niby-jakby-trochę posuwało się do przodu, tyle że bardzo niewydolnie. Tysiące dość obleśnych robaczków – ciałko biało-przeźroczyste, niecały centymetr długości, czarna mikrogłówka – uformowało fantastyczny pochód. Szczególnie zajmująco wyglądało czoło tej demonstracji: kilku równoległych liderów przez parę sekund rozważało, co dalej, wypróbowując alternatywne kierunki, wykonywało niezgrabny ruch naprzód, by natychmiast stracić stanowisko kierownicze, oto bowiem przez łeb przewalali im się delikwenci z drugiego szeregu, którzy natychmiast zabierali się za robotę tamtych. Ta permanentna wymiana kadr gwarantowała, że cały pochód zmierzał po prostu donikąd, bez planu, bez haseł i w żadnej sprawie politycznej. Później zresztą, kiedy dzięki uczonemu koledze wiedzieliśmy już, że Mały A wypatrzył twór o wdzięcznej nazwie „pleń”, napotkaliśmy to dziwo jeszcze kilkakrotnie, raz nawet zawinięte po prostu w kółko. Mała I dołożyła w środek dwa patyki, żeby całość przypominała zegar – i ochrzciła to „godziną plenia”.

Od tego czasu pleń trochę mnie prześladował, bo trudno mi było uwolnić się od myśli, że jest zeń świetna metafora ludzkich zachowań. Podobnie, w arcy-już-wyświechtany sposób, myślimy o roślinno-zwierzęcej mimikrze czy panicznych ucieczkach tych czy innych gatunków. O metaforach świata ludzkiego myślał też chyba Herman Melville, kiedy opisywał fascynujące widowisko, jakie przedstawiają sobą wieloryby w stanie „zbzikowania”: ogarnięte trwogą zwierzęta rzucają się do ucieczki, każde pędzi w jakimś kierunku, ale całe stado dosłownie tkwi w miejscu, na środku oceanu. Niby łatwo na nie wtedy zapolować, łatwo też jednak oberwać.

Ale moment. Czy takie cudo jak pleń miałoby skończyć w słoiku metafory? Czy to połączenie ohydztwa na mikropoziomie i cudownej organizacji na poziomie całości nie jest po prostu wspaniałe tak najzupełniej po swojemu? Czy naprawdę trzeba tę wspaniałość pospiesznie przekładać na nasze? Wedle jednej z hipotez larwa ziemiórki pleniówki – tak nazywa się ten robalek – razem z kumplami tworzy plenia tylko po to, żeby faktycznie udawać węża. W ten sposób stara się zmylić wygłodniałe ptaszydła i doczołgać jakoś do formy dojrzałej. Ale jak jest naprawdę, chyba naprawdę nie wiadomo, trudno by pewnie zresztą rzecz solidnie zbadać. To pleniowe się-odczep i nic-ci-typie-do-tego wydaje mi się teraz o wiele bardziej klawe niż wszystkie metafory, które można by z tego nibywęża ukręcić. I w ogóle najklawsze.

Tak zwana przyroda – żywioł czasem niebrzydki, ale raczej nieprzyjazny – raz po raz wykonuje takie gesty i każe nam się odpiórkować. Odrobinę się powdzięczy, da się trochę podziwić, wysunie do pocałowania metaforogenną rąsię, ale zaraz obróci się na swojej nie-pięcie i nie-gęby swojej więcej nie pokaże. Moi ulubieńcy w tym względzie to wrony, osy i pokrzywy. Wrony, wiadomo, liczą do nie wiadomo ilu, mordują to i owo, wedle upodobania rozpieprzają, co człowiek zmontuje, a czasem przydzwonią w samochód orzechem, który chciały cisnąć pod koła, a to celem tegoż orzecha roztwarcia („Sorki, nie trafiłam!”).

Pokrzywy też mi imponują. Wystarczy porównać je z komarami. No bo taki komar to ewolucyjny idiota: gdyby nie brzęczał jak neurotyk, a jego ukąszenia nie swędziały godzinami, może nawet rozczulalibyśmy się nad nim troszeczkę, a co bardziej ekogwizdnięci dawaliby mu się popaść na swojej hemoglobince. Bzyczących i swędzących upierdliwców mordujemy bez żalu. Tymczasem pokrzywa poprzez swoich tajnych współpracowników – w tej roli zwykle gadatliwi wujkowie i druhny drużynowe – już w dzieciństwie zdołała nas przekonać, że poparzenia, które powoduje, są bardzo zdrowe na reumatyzm i w ogóle całkiem fajne. Dzięki temu – i dzięki ogólnej przystojności swojej – stoi sobie spokojnie z boku ścieżki, a jej zły charakter wzbudza mój szacunek.

Z tej bandy najbardziej jednak lubię osy, te prawdziwe skurwysynki. Są nikłe, nieproduktywne i bezinteresownie wredne. Kiedyś na przykład, z M i Ł, leźliśmy potokiem, bo pogubiliśmy drogę, a brzegi strumienia porastał gaj młodych, całkiem nieprzechodnych buczków. W butach woda, ale ponad wodą ciepło, więc szło się całkiem przyjemnie. Szedłem pierwszy, środkiem nurtu, gdy nagle spod wysokiego brzegu wyleciała bitna eskadra i przypuściła na mnie atak. Nic do nich nie miałem, nawet nie zbliżyłem się do ich parszywej osady, ale i tak usiekły mnie kilkanaście razy. Wrzasnąłem na pozostałych, wycofali się, ale M zdążyła jeszcze oberwać. Coś jej świtało, że kiedyś była uczulona na osie ugryzienia, więc cali w strachu usiedliśmy na kamulcach i odczekaliśmy, żeby sprawdzić, czy nie spuchnie. Nie spuchła, sprawa skończyła się więc całkiem niewinnie, ale bolało jeszcze, owszem, dosyć długo. Mój respekt wobec os wspiera się w dużej mierze na tym właśnie wydarzeniu.

Od niedawna moim prywatnym biegunem zimna przyrodniczej nieprzystępności jest natomiast chwaścisko zwane barszczem Sosnowskiego. Ten paskudnik, przywleczony z Kaukazu przez geniuszy radzieckiej agromyśli gwoli obkarmienia krowich mas pracujących całego bloku wschodniego, okazał się paszą jak najbardziej pożywną, a z jego kwiatów pszczółki – ach, jakże niepodobne do os, jakże lubiane, jakże k’nam robotne! – wykonują ponoć zupełnie przyzwoity miód. Wkrótce jednak wyszło na jaw, że to prawdziwy killer: potrafi oparzyć człowieka do białej kości, a i wzroku pozbawić. Złapał się za kolektywną głowę Wszechsocjalistyczny Zarząd ds. Przyrody, ale było już za późno: wielce plennego przyjemniaczka nie dało się już wyprosić.

Sprawę miała z nim moja mama, którą dopadł na jakiejś gorczańskiej ścieżce. Potem, nad Narwią, próbował pozbawić skóry na łydkach moją przyjaciółkę. Tego lata zaś stanęliśmy z nim oko w nie-oko w jego kaukaskim mateczniku. Najpierw natknęliśmy się na jeden egzemplarz, a ledwie dotarło do nas, że oto mamy do czynienia z tą niesławą łąk wszelkich, zameldował się na naszej drodze wraz z całą rodziną i wszystkimi pociotkami w liczbie wielu setek. Jako naczelny mieszkaniec dna niewyobrażalnie pięknej doliny prezentował się naprawdę wspaniale. Wygląda trochę jak koper, ale rośnie wysoko i dostojnie, rozpościerając nad sobą plażowe parasole białych kwiatów.

Nie, nie zrobił nam krzywdy, choć raz o mały włos nie wpakowałem się na niego, pędząc nocą za mydełkiem uprowadzonym niecnie przez gamoniowaty strumień. Darzyliśmy go podszytą strachem nienawiścią, ja zaś – licząc chyba na to, że uwolnię się od lęku – podczas pewnego postoju spróbowałem ukatrupić takiego delikwenta, tłukąc go ostrym kamieniem po łodydze. Nic to nie dało, łajdak okazał się nieprzyzwoicie wytrzymały. Rozeszła się tylko silna, anyżkowa woń, a mój wegebratanek spojrzał na mnie karcącym wzrokiem. Zawstydziłem się.

A kiedy my ruszaliśmy dalej, żeby po przejściu zawrotnej przełęczy zejść w dół ku naszym sprawkom – ku remontom, przeprowadzkom, konferencjom, artykułom i przegranym wyborom – barszcz Sosnowskiego obrócił się na swojej nieco tylko nadwerężonej nie-pięcie i nie pokazał nam już więcej swej wyniosłej nie-gęby.